Jak po naszemu nazwać taką podstronę? “O blogu”, “O tym co tu znajdziesz”, “O co chodzi”, a może po prostu “O”? Chyba nie ma w naszym języku tak sympatycznego określenia, jakim jest “About”. Stąd ta odrobina angielszczyzny, choć na co dzień staram się takich obcojęzycznych wstawek unikać.

No dobrze, ale o co chodzi…? ;)

Jeśli jesteś na tej stronie dłużej niż kilka sekund, pewnie już dotarło do Ciebie, że to “żadne halo”. Ot kolejny, zwyczajny, prywatny “blogasek”, całkiem jak ten różowy z onetu, który odwiedziłeś/aś wczoraj. Raczej nie zaglądają tu tłumy (raczej, o czym za chwilę), toteż nie czuję się zobowiązany pisać regularnie. Kiedy już coś wysmaruję, zazwyczaj okazuje się to mało interesujące, żeby nie powiedzieć – nudne. Piszę (sporadycznie rysuję) o tym, co mnie drażni, irytuje, bawi, cieszy. O filmach, które mi się spodobały i o takich, które zapadły w pamięci jako największe gnioty. O koncertach i muzyce – tylko takiej, jaką lubię. O totalnych pierdołach, niekiedy o czymś istotnym.

Mawiają, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ale niektórzy mają taką dziwną potrzebę uzewnętrzniania się (nawet cholerni introwertycy…). Ja realizuję ją właśnie pisząc różne bzdury na swoim blogu. A gdy komuś coś się spodoba, zaintryguje – cieszę się, że mogłem zabrać Czytelnikowi kilka cennych minut.

Największym moim “blogowym sukcesem” (to w nawiązaniu do wcześniejszego “raczej”) okazał się krótki tekst opisujący równie krótką przygodę z Polbankiem – w ciągu kilku dni wpadło tu kilka tysięcy osób (pal licho współczynnik odrzuceń rzędu 80%), a stronę wykopało blisko 400 użytkowników (podziękowania dla Sami Wiecie Kogo ;)).

I tyle.